Bł. Luigi Novarese – wychowawca i apostoł chorych

Izabela Rutkowska | 14 lutego 2022

Gdy z nieznanych nam i niezawinionych powodów zapadamy na chorobę, która skazuje nas na nieustanny ból, bądź zdarza nam się wypadek, który izoluje nas w czterech ścianach, odbiera pracę, rujnuje nasze talenty i urodę wtedy dobrze jest spotkać na swojej drodze bł. Luigiego Novarese. Kapłan ten całe swoje życie poświęcił tylko na to, aby szukać ludzi zdruzgotanych cierpieniem i dawać im nowe życie – pełne sensu, nadziei i apostolskiej energii.

Urodził się 29 lipca 1914 roku w Casale Monferrato, górzystej krainie Piemontu. Był ostatnim z dziewięciorga dzieci Giusta Carla i Teresy Sassone. Jego życie już od wczesnego dzieciństwa zostało naznaczone cierpieniem – nie miał nawet roku, gdy zmarł mu tato, a w wieku dziewięciu lat, po banalnym, ale niefortunnym upadku ciężko zachorował na gruźlicę kości. Długoletnie leczenie wymagało stałych i długich pobytów w szpitalach i sanatoriach, a przy tym nadzwyczajnej wręcz ofiary całej rodziny, która po śmierci ojca nieustannie borykała się z problemami finansowymi. Brak pozytywnych rokowań sprawił, że część rodzeństwa odwróciła się od niego i od walczącej o jego zdrowie mamy. Aby opłacić kurację, Teresa sprzedała bowiem ich gospodarstwo Serniola – cały czas wierzyła w wyzdrowienie synka. Jej wiara została nagrodzona.

17 maja 1931 roku Luigi doznał cudownego uzdrowienia. Znamienny jest jego list, który skierował do następcy św. Jana Bosko – ks. Filipa Rinaldiego (już błogosławionego): „Ksiądz Bosko kochał młodzież, otóż i ja jestem młody! Czy zechce Ksiądz modlić się o moje uzdrowienie i zaprosić również innych do modlitwy w tejże intencji?”. Ks. Rinaldi poważnie potraktował prośbę młodego piemontczyka i od razu rozpoczął, wraz z młodzieżą z Oratorium, nowennę do Matki Bożej Wspomożycielki. Modlił się także Luigi, obiecując Maryi, że jeśli dostąpi uzdrowienia, całe swoje życie poświęci cierpiącym. Po trzech nowennach zaczął doświadczać szybkiej i cudownej poprawy zdrowia, która zdumiała lekarzy, niedających już chłopcu zbyt wiele szans – ani na ocalenie nogi, ani na dalsze życie.

Ten dziecięcy czas drogi krzyżowej nazwał latami nowicjatu, przygotowującymi go do wielkiej apostolskiej misji o horyzontach tak szerokich, jak cały świat. Na początku był przekonany, że powinien zostać lekarzem, ale zdecydował się zostać księdzem. Moment decyzji zbiegł się ze śmiercią jego mamy w roku 1935. Podyktowany był też jego osobistą formacją, jaką przeszedł w tamtym ciężkim okresie. Przypomnijmy – był to czas od 9 do 17 roku życia – jakże ważny etap dojrzewania, formowania się charakteru. Dla niego zaś – pełen bólu, izolacji od rodziny i kolegów. Mimo przeciwności i braku wsparcia od innych, sam zadbał o to, aby czas spędzany w szpitalach i sanatoriach był także czasem nauki. Z powodzeniem skończył szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, nie zaniedbując przy tym nauki katechizmu i praktyk religijnych. Jak wspominał, jego jedynym oparciem były Eucharystia i Matka Boża. W tych miejscach cierpienia zobaczył jasno, że chorzy, nie mając duchowego wsparcia, tracą wiarę i nadzieję, a w konsekwencji raczej zapadają na zdrowiu niż zdrowieją. Osamotnienie, poczucie bezużyteczności, mało delikatne traktowanie ze strony personelu lekarskiego i stałe doświadczenie bólu owocowało u wielu depresją. Rozpaczliwe pytania – dlaczego cierpię, jaki sens ma takie życie? – trafiały w otchłań, z której tylko Bóg mógł człowieka wyciągnąć. I on zapragnął być tym, który będzie przynosił Boga najbardziej zrozpaczonym swoją sytuacją choroby i niepełnosprawności.

Święcenia kapłańskie przyjął w 1938 roku – w samotności (rodzice już nie żyli, część rodziny nadal nie utrzymywała z nim kontaktu, a jego droga siostra – dominikanka – nie otrzymała pozwolenia na przyjazd na tę uroczystość). Kształcił się w Rzymie, w znakomitym seminarium Capranica. Po ukończeniu teologii uzyskał dyplom z prawa kanonicznego i był adwokatem Roty, następnie pracował w watykańskim Sekretariacie Stanu (1943–1972), jako prawa ręka papieży. Ta spektakularna kariera w Kurii Rzymskiej nie przesłoniła mu jednak głównego celu, wręcz odwrotnie – na rzecz duszpasterstwa chorych wykorzystywał wszelkie uzyskiwane tam kontakty i środki.

Novarese założył cztery wspólnoty. Pierwszą była Maryjna Liga Kapłanów, powstała 17 maja 1943 roku, aby nieść pomoc kapłanom poszkodowanym w czasie wojny – kalekim, chorym. Była ona owocem jego tajnej misji, zleconej przez Piusa XII – Novarese miał jeździć po całych Włoszech, aby spisywać miejscowości najbardziej zniszczone bombardowaniami, tak aby papież mógł potem przekazać potrzebne środki biskupom tych diecezji. 17 maja 1947 roku narodziło się zaś stowarzyszenie osób świeckich – Centrum Ochotników Cierpienia. To właśnie w gronie tej wspólnoty dokonywała się (i wciąż dokonuje) główna formacja osób chorych i niepełnosprawnych, które tak bardzo potrzebują znaleźć nadprzyrodzony sens swojego życia, naznaczonego cierpieniem.

Z Centrum zaś wyrosła kolejna wspólnota – Cisi Pracownicy Krzyża – będąca niejako owocem i konsekwencją formacji Centrum. Założona 1 listopada 1950 roku, jako „zgromadzenie dusz konsekrowanych”, była ewenementem na skalę światową. Mówiła bowiem, że nawet osoba sparaliżowana, niepełnosprawna, nieuleczalnie chora, może być osobą konsekrowaną. Jak wiemy, większość zakonów nie przyjmuje do swego grona takich osób. Ks. Luigi nie zgadzał się z taką sytuacją – widział bowiem, jaką formacją może być dobrze przeżywane cierpienie – nowicjatem poważniejszym i cięższym niż te w zakonach klauzurowych. Długie i uciążliwe cierpienie konfrontuje bowiem człowieka z jego wnętrzem, dotyka samej istoty jego egzystencji, a przeżywane u stóp Krzyża, u boku Maryi, uczy pokory, zapomnienia o sobie, ogromnej wrażliwości na innych, stając się nawet źródłem nadprzyrodzonej radości.

Czym wyróżnia się misja bł. Luigiego Novarese? Nie jest to bowiem kolejne dzieło charytatywne, polegające na organizowaniu pomocy dla chorych. W takich dziełach chory jest zwykle jedynie biernym odbiorcą, przedmiotem opieki. Natomiast Novarese chciał, aby był on apostołem – czyli tym, który będzie czynnie działał na rzecz innych, tak aby ich także zapalać do bycia apostołami. Jego pedagogia była prosta: do chorego przez chorego, przy pomocy zdrowego. Stąd i czwarta wspólnota – Braci i Sióstr Osób Chorych (czyli zdrowych, którzy organizują pomoc). Mając własne doświadczenie cierpienia, widział, że osobę chorą, niepełnosprawną może pociągnąć do Boga tylko ten, kto doświadczył podobnego bólu, kto zmagał się z podobną sytuacją odrzucenia, upokorzenia. Owocność działań postrzegał w podejmowaniu szczerych relacji przyjaźni i formacji, która najpierw skoncentruje się na tym, aby taką osobę umocnić w jej człowieczeństwie, przywrócić jej godność, tak aby uwierzyła, że jest wiele warta w oczach Boga, w oczach innych ludzi, potrzebna społecznie, tak samo jak każdy inny wykształcony pracownik. Dopiero po takiej formacji można budować tę wyższą, duchową, ukazującą zadania apostolskie – i to tak wielkie, jak zbawcze działania samego Syna Bożego w czasie męki. Pisał:

Cierpienie, aż do wczoraj, aż do Jezusa było tylko przedmiotem współczucia, ale wraz z Jezusem Chrystusem uzyskuje szczególną misję – staje się święte, staje się konieczne. Tylko Jezus Chrystus przemienił cierpienie w mistyczny plac budowy, gdzie wszyscy cierpiący mają swoje jasno określone miejsce i są na pierwszym planie – dla zbawienia społeczeństwa. (…) Bracie chory, przestań już narzekać! Twoja misja jest wielka i wzniosła. Możesz adorować Boga nie tylko jako stworzenie i jako osoba odkupiona, ale także jako ofiara. Kapłan jest zobowiązany przez Kościół do stałego modlenia się za lud, który reprezentuje. A ty powinieneś stale ofiarowywać swoją mękę w imię zbawienia tych, których ty reprezentujesz. To jest właśnie twój urząd, twoje zadanie, twoje powołanie”.

Czy to jedynie pochwała cierpienia i formowanie cierpiętników? Każdy, kto zetknął się z obecnymi na świecie (także w Polsce) wspólnotami novarezjańskiej rodziny, wie, że są to oazy tętniące życiem. Novarese mówił wprost – cierpienie samo w sobie jest złe i jeśli tylko możemy, mamy obowiązek działać na rzecz poprawy zdrowia i jakości życia. Stąd też kolejna rewolucyjność jego działań – domy rekolekcyjne dla chorych i niepełnosprawnych, pozbawione barier architektonicznych, wyposażone w centra rehabilitacji i profesjonalną opiekę medyczną. Taki też jest dom „Uzdrowienie Chorych” w Głogowie. Dobra opieka nad załamanym duchem musi iść w parze z dobrą opieką nad cierpiącym ciałem.

To nie wszystko – Novarese był zarówno rozmodlonym i do szaleństwa oddanym Maryi kapłanem, jak i wymagającym i zdecydowanym realistą, a przy tym innowatorem. Poza kwestią zadbania o rehabilitację swoich rekolektantów, intensywnie myślał też o zorganizowaniu dla niepełnosprawnych warsztatów pracy – tak aby mieli poczucie jak największego zaangażowania w życie społeczne. Dla kobiet powstały więc szwalnie, warsztaty ceramiki, dla mężczyzn – introligatornie, pracownie elektryczne, itp.

Kolejne plany – misje w Afryce, w Ameryce Południowej, założenie wspólnoty w Rosji. Jednym słowem – ewangelizowanie całego świata, bo nie ma takiego zakątka, w którym nie byłoby człowieka cierpiącego. I tak jak myślał globalnie o przestrzeni, tak też globalnie myślał o samym cierpieniu. Rekolekcje, które organizował, były dla wszystkich – także dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Pod koniec swego życia zorganizował nawet rekolekcje dla osób chorych psychicznie.

Do swojej działalności wykorzystywał wszelkie możliwe środki – także medialne. Od lat 50. XX wieku wydawana jest „Kotwica” („L’Ancora”), książki formacyjne, z czasem pismo popularnonaukowe. Regularnie organizował sympozja naukowe, w których brali udział teologowie, psychologowie, lekarze. Uzyskał zgodę na prowadzenie audycji w Radiu Watykańskim. To dzięki niemu pierwszy raz zorganizowano specjalną audiencję papieską dla chorych.

Luigi Novarese zmarł 20 lipca 1984 roku, w domu „Maryi Ozdoby Karmelu” w Rocca Priora – ostatnim założonym domu, otwartym dla nowicjatu. Tamtego właśnie roku Jan Paweł II ogłosił znamienny List apostolski Salvifici doloris, który ks. Luigi uznał za kwintesencję nauczania o chrześcijańskim znaczeniu cierpienia. 11 maja 2013 roku, w bazylice św. Pawła za Murami świętowaliśmy beatyfikację tego niezwykłego kapłana. W toku są zaś rozpoczęte procesy beatyfikacyjne kolejnych gigantów ducha, zamkniętych w słabych, schorowanych ciałach.

Czy można kogoś nauczyć dobrze cierpieć? Można. Gdy już zrobi się wszystko, aby ulżyć w cierpieniu, trzeba uczynić wszystko, aby temu cierpieniu nadać wartość wielkiego, Chrystusowego powołania.

Izabela Rutkowska doktor nauk humanistycznych w zakresie językoznawstwa, wykładowca Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Głogowie, redaktor wydawniczy czasopisma „Kotwica”, tłumacz z języka włoskiego, autorka książki „Niepojęty świat duszy. Język doświadczeń mistycznych św. Faustyny Kowalskiej”, Teolingwistyka 12, Wydawnictwo Biblos, Tarnów 2017

fot.Archiwum redakcji „L’Ancora”