Praktyczne ćwiczenia z cierpliwości
Wychowawca | 23 grudnia 2025Gdy sadzimy rośliny, wiemy że musi upłynąć wiele czasu, aby urosły i wydały owoce. Gdy w zapale chcemy stworzyć coś nowego dla ludzi i z ludźmi, to zbyt często o tym zapominamy. Cierpliwość, dobry humor i wiara w Bożą opatrzność to podstawa przy trudnych wyzwaniach. Posłuchajcie…
W naszej rodzinie przy niedzielnych obiadach dyskusje dotyczyły wielu tematów, ale jeden pojawiał się zdecydowanie częściej niż inne. Pewnie dlatego, że przy stole zasiadali „starzy harcerze” i nauczyciele, wciąż rozmawialiśmy o problemach i słabościach naszych szkół oraz całego systemu oświaty. Łatwo mogliśmy poprzestać na etapie niekonstruktywnej krytyki, ale jednak, trochę ku naszemu zdziwieniu, udało nam się zrobić kolejny krok. Od krytycznych dyskusji, przeszliśmy do planu stworzenia czegoś nowego na edukacyjnej mapie Krakowa. Dyskusje przybrały na sile, gdy w rodzinie pojawiły się dzieci i ruszyły kolejno do placówek. Z siostrzenicą, ona była pierwsza, jeszcze nie było większego problemu. Ale gdy siostrzeniec, ruchliwy jak każdy przeciętny chłopiec, nie wychodził z przedszkola na podwórko od listopada do marca, „bo była zła pogoda” i oczywiście w związku z brakiem ruchu i on, i jego koledzy „źle się zachowywali”, pomyśleliśmy, że to może czas, aby zacząć coś zmieniać.
Przytomnie nie wyważaliśmy otwartych drzwi, tylko zaczęliśmy rozglądać się i szukać inspiracji w postaci szkół i przedszkoli budowanych na fundamencie mocnych i sprawdzonych wartości, uwzględniających różnice rozwojowe między dziewczynkami i chłopcami, oraz stawiających na wychowawczą współpracę z rodzicami. 17 lat temu nie było jeszcze wielu przedszkoli niepublicznych, które spełniałyby choć część naszych oczekiwań. Interesujące, alternatywne placówki były nieliczne i przez to mało dostępne, panowała opinia, że do dobrych przedszkoli, prowadzonych przez siostry zakonne, trzeba zapisywać dziecko na etapie ciąży mamy. I wtedy pojawiły się mocne impulsy: w czerwcu 2006 roku jeden z ojców miał okazję uczestniczyć w I Kongresie Edukacji Spersonalizowanej i Zróżnicowanej w Barcelonie. W tym samym roku dotarła do nas informacja, że w Warszawie grupa rodziców, wzorując się na pomyśle z Barcelony, zorganizowała szkołę podstawową (dla klas I–III) oraz przedszkole. I tak to się zaczęło… Wizyty indywidualne i grupowe – w Warszawie, potem spotkania w Krakowie, dyskusje i działania. Od marca 2007 roku próbowaliśmy skontaktować się z osobą z Warszawy, która miała nam pomóc założyć przedszkole, ale się nie udało, mimo usilnych starań… Dopiero we wrześniu odbyło się to tak oczekiwane spotkanie. My, „w blokach startowych”, chcieliśmy jak najszybciej dowiedzieć się JAK to zrobić, a Piotr, odpowiedzialny za tworzenie nowych placówek edukacji spersonalizowanej, z wielkim spokojem i cierpliwością rysował nam na flipcharcie – mamę i tatę trzymających dziecko za ręce. Rysował i rysował, a my niewiele rozumieliśmy i z coraz większą niecierpliwością oczekiwaliśmy na konkretny przepis: JAK mamy założyć przedszkole. Zrozumienie spraw fundamentalnych, że współpraca rodziców – a później rodziców z nauczycielami – jest podstawą tego pomysłu, że bez wspólnoty zaangażowanych osób nic z tego nie będzie oraz wielu jeszcze zasadniczych dla tego projektu kwestii, przyszło z pewnym opóźnieniem.
W listopadzie 2007 roku zaprosiliśmy wszystkich naszych znajomych i przyjaciół na pierwsze spotkanie o nowym przedszkolu. Nie było lokalizacji, dyrekcji, ani nauczycieli. Był tylko świetny pomysł, sprawdzony gdzie indziej i my – rozentuzjazmowani rodzice ośmiorga dzieci (w wieku od niemowlęcia do sześciu lat), z których tylko dwoje było w wieku przedszkolnym. W styczniu 2008 roku odbyło się kolejne spotkanie – nasi przyjaciele zaprosili swoich przyjaciół i na liście rodzin zainteresowanych nowym projektem mieliśmy już 20 dzieci, które miały stanąć w progach nowej placówki już we wrześniu.
Dość długo myśleliśmy, że skoro w Warszawie wszystko świetnie i prężnie działa, to ktoś ze stolicy przyjedzie i założy nam przedszkole (a później szkołę). Mieliśmy także nadzieję, że może chociaż przygotowany dyrektor zostanie do nas oddelegowany, a my zrobimy resztę. Na koniec okazało się, że wszystkie nasze nadzieje były płonne. Stało się oczywiste, że musimy poradzić sobie sami, czyli cztery zaangażowane małżeństwa to cała kadra zarządzająca naszym edukacyjnym projektem. Od tego momentu spotykaliśmy się co tydzień, w osiem osób (niedługo doszła dziewiąta), rozpisując zadania i rozliczając się z ich realizacji.
Z tygodnia na tydzień okazywało się, że jest coraz trudniej: rozpoczął się boom na lokale, w których mogły być organizowane przedszkola, więc zostały na rynku albo bardzo drogie, albo bardzo daleko od centrum, albo takie, których przystosowanie do wymagań przeciwpożarowych było niemożliwe. Oglądaliśmy prywatne domy w stanie surowym, zrujnowane dawne świetlice, place budowy, na których mogło pojawić się przedszkole i inne, niezbyt atrakcyjne miejsca. Czas naglił, zbliżały się wakacje.
Z potencjalnymi przedszkolakami było jeszcze gorzej. W kwietniu, kiedy potwierdzaliśmy, które dzieci ze styczniowej listy rozpoczną rok w naszym wspólnym przedszkolu z 20 osób zostały dwie. Nasze, rodziców-założycieli. Nikt inny nie zdecydował się na eksperyment pt. „nowa placówka”. Tak, idea jest świetna, ale nie będziemy czekać. To był prawdziwy cios – bez dzieci nie ruszymy… Co zatem? Gdzie szukać nowych rodzin, które możemy zapalić do idei tak bardzo, że będą chciały się zaangażować? To był czas sprzed Facebooka i Messengera. Były mejle, esemesy i spotkania w parkach. Zaczęliśmy szukać poza bliskim kręgiem znajomych, pytaliśmy bardzo, bardzo szeroko. Jedna z mam tak wspomina ten czas: Pan Bóg ma naprawdę poczucie humoru. Ja, która nie znosiłam small-talków w parkach, ani przygodnych znajomości, miałam poznawać nowe mamy i próbować im opowiedzieć o superidei (jeszcze bez lokalizacji i zasadniczo bez niczego materialnego), w czasach, gdy akwizycja był powszechna i każdy miał jej dość. Przed każdym wyjściem do parku (miałam synów, dwa i cztery lata oraz półroczniaka) modliłam się tak – Panie Boże, jeśli chcesz mieć to przedszkole w Krakowie, to zrób tak, aby była naturalna okazja, żeby o nim opowiedzieć. Święty Josemario – o to samo Cię proszę! W wózku miałam warszawskie ulotki, bo naszych jeszcze nie było. I tak codziennie…
Z tych spotkanych osób nikt nie zdecydował się na dołączenie we wrześniu, ale po latach – jedna z tych rodzin „dała” nam nauczyciela, a druga powierzyła dwóch synów. W czerwcu zdecydowały się dwie nowe rodziny. Zatem mieliśmy czworo dzieci, dwie dyrektorki, brak lokalu i brak nauczycielek…
Z lokalem było już naprawdę groźnie, „centrala” z Warszawy, której wtedy podlegały wszystkie nowe placówki, powiedziała wyraźnie: jeśli nie znajdziecie budynku w ciągu najbliższych dni (końcówka czerwca!), to nie otworzycie przedszkola we wrześniu. Jedna z mam była już na wakacjach z dziećmi. Sprzątała kuchnię i omiatając kurze strąciła obrazek z modlitwą do św. Josemarii – podniosła go i pomyślała, że skoro już ma go w ręce, to się pomodli. Zaraz potem zadzwoniło do niej biuro nieruchomości, że jest ciekawy lokal. Kawał drogi od wszystkich rodzin, ale za to zaraz obok sanktuarium w Łagiewnikach. Remonty, gromadzenie mebli (kto pamięta jeszcze portal Gumtree, źródło m.in. regałów „do oddania”), zabawek („dzieci, wy się już tym nie bawicie, prawda?”), sprzątanie – to wszystko trwało do nocy 31 sierpnia, kiedy to cała nasza ekipa – rodziców i przyjaciół – uzbrojona w mopy, przygotowywała salę na rozpoczęcie roku.
A nauczycielki? Rozmowy rekrutacyjne przeprowadzane były w salonie mieszkania jednej z rodzin, bo do przedszkola nie można było jeszcze nikogo zaprosić. Właściciele opuszczali mieszkanie na czas rozmów, przygotowując tylko kawę i fotel w przedpokoju dla oczekujących. Z pięćdziesięciu nauczycielek, które się wtedy zgłosiły, zostały wybrane dwie.
I tak, 1 września 2008 r. w przedszkolu przywitaliśmy czworo dzieci. Dziś, 16 lat później, dzięki cierpliwości przy przezwyciężaniu wielu trudności, stałej modlitwie rodzin, patrzeniu z nadprzyrodzonym optymizmem i dzięki zaangażowaniu wielu osób, w przedszkolu i dwóch szkołach podstawowych (dla dziewcząt i dla chłopców) uczy się prawie 500 dzieci z ponad 200 rodzin. „Marzcie, a rzeczywistość przerośnie wasze marzenia” (św. Josemaría Escriva de Balaguer)
Maria Kowal
– mama siedmiorga dzieci w wieku 6–18 lat, inicjatorka Klubu Latających Mam, redaktorka, biolog i folklorystka. Współzałożycielka przedszkola realizującego założenia edukacji spersonalizowanej

